Lech Kaczyński, rządząc przez jedną kadencję w stolicy, chciał uchodzić za polityka dogłębnie uczciwego i prawdziwego szeryfa. Jego podwładni demaskowali afery finansowe, jakich miał dopuścić się Paweł Piskorski, wcześniejszy prezydent stolicy. Wtedy też w obiegu publicznej dyskusji pojawiło się magiczne słowo "układ" w odniesieniu do koalicji PO-SLD, podobno rządzącej przy wsparciu biznesowego lobby. Na ulicach Warszawy pojawiło się więcej patroli policji i straży miejskiej, ale spektakularne najazdy policji na agencje towarzyskie zakończyły się całkowitą klęską ekipy Lecha Kaczyńskiego.

Ucieszyłem się jednak, gdy wczoraj Gronkiewicz-Waltz zgłosiła do prokuratury sprawę niegospodarności finansowej w warszawskim ratuszu, do jakiej miało dojść za rządów Lecha Kaczyńskiego. Pokrzykiwania brata Jarosława, żeby pani Gronkiewicz-Waltz zajęła się pracą, a nie tropieniem afer, tak naprawdę mają charakter trochę komiczny. Proszę mi bowiem powiedzieć, kto jak nie PiS przez okres swoich dwuletnich rządów permanentnie zajmowało się tropieniem afer, wyolbrzymianiem roli agentów i wymyślaniem fikcyjnych układów? 

Zarzuty Gronkiewicz-Waltz są bardzo konkretne i bardzo rzeczowe. Z kasy miasta wydano za dużo pieniędzy na bardzo drogi alkohol, który podobno był degustowany w celach reprezentacyjnych. Nigdy nie podejrzewałbym Lecha Kaczyńskiego o alkoholizm, ale dokładnie widać, że syndrom "choroby z Filipin" nie dotyczy tylko i wyłącznie polityków lewicy. Ja zaś nie symaptyzuję z obozem Lecha Kaczyńskiego, ale dokładnie wiem, że gdyby zarzuty Gronkiewicz-Waltz potwierdziły się w prokuraturze, to obecny prezydent nie miałby szans na reelekcję, a bramy Pałacu Prezydenckiego w obecnej chwili stałyby otwarte przed Donaldem Tuskiem.