Uważam się za konsekwentnego lewicowego liberała, dla którego wolność jednostki nie kończy się na kwestiach gospodarczych. Człowiek ma prawo dysponować swoim życiem i zdrowiem. Nie rozumiem więc, dlaczego w Holandii kupienie na legalnym rynku i palenie marihuany nie jest żadnym problemem, a w katolickiej Polsce robi się ludziom problemy, jeżeli chcieliby legalnie zapalić marihuanę. Jeżeli więc to czynią, to raczej w tajemnicy przed organami ścigania, które mogłyby ich za to wsadzić na parę lat do więzienia.

Naprawdę nie rozumiem, dlaczego w Polsce nie można legalnie kupić marihuany w kiosku "Ruchu", w którym masowo sprzedaje się papierosy, które zapewne w żadnym razie nie przyczyniają się do wzrostu stanu zdrowia osób je palących. Na każdym opakowaniu można dostrzec ostrzeżenie, z którego dość jasno wynika, że palenie zabija i przyczynia się do powstawania zawałów serca i licznych nowotworów.

Pachnie mi to jakąś straszną abberacją umysłową, jeżeli państwo dopuszcza do obrotu tytoń, a nie dopuszcza innej używki, jaką jest marihuana. Dlaczego dorosła i w pełni świadoma swoich wyborów jednostka zawsze musi mieć nad sobą anioła stróża w postaci państwa, które brutalnie gwałci jej podstawowe swobody i prawa? Nigdy nie byłem zwolennikiem Korwina-Mikke, ale zgadzam się z politykiem UPR, że tak naprawdę nie ma znaczenia, w jaki sposób człowiek odbiera sobie życie: skacząc z wysokiego wieżowca, nałogowo paląc papierosy czy marihuanę. Chodzi jednak o to, żeby państwo nie usiłowało być instutucją świętszą od papieża i nie utrudniało jednostce dokonywania przez siebie wybranego wyboru.